Niedzielne przemyślenia: o biegu i o byciu
Dziś nie zmęczyły mnie ręce. Zmęczyło mnie to, co niewidoczne. To napięcie, które nosi się w barkach, w szczęce, w sposobie, w jaki oddycham, kiedy telefon wibruje kolejną wiadomością z pracy. Zauważyłam, że moje ciało zaczyna reagować szybciej niż ja sama — zanim zdążę powiedzieć „to tylko jeszcze jeden mail”, ono już jest w trybie obronnym.
Presja w pracy nie kończy się wtedy, gdy zamykam laptopa. Ona potrafi iść ze mną do kuchni, do rozmowy z bliskimi, do stołu, przy którym ktoś chce mi opowiedzieć swój dzień, a ja wciąż jestem myślami gdzie indziej. I to jest moment, który ostatnio boli najbardziej. Nie zmęczenie. Tylko świadomość, że to, co zawodowe, zaczyna cicho wchodzić w to, co prywatne.
Lubię swoją pracę. Lubię tworzenie, porządkowanie chaosu, nadawanie sensu rzeczom, które na początku są tylko pomysłem. Ale nie lubię tego stanu, w którym „więcej” staje się domyślną odpowiedzią na wszystko. Więcej godzin. Więcej zaangażowania. Więcej dostępności. A gdzieś po drodze gubi się pytanie: czy to jeszcze mnie buduje, czy już tylko mnie napina jak zbyt mocno naciągniętą strunę.
Widzę to nawet w drobiazgach. W dniach pełnych presji wybieram ubrania, które mnie chowają. Bluza, jeansy, rzeczy, które nie wymagają decyzji. Jakby każda mała decyzja była kolejnym ciężarem, na który nie mam już miejsca. Moja głowa jest wtedy zbyt zajęta, żeby myśleć o detalach, kolorach, dodatkach. Styl schodzi na dalszy plan, bo na pierwszym jest przetrwanie tempa.
I dopiero przy ludziach, przy których czuję się bezpiecznie, coś się we mnie rozluźnia. Przy tych, którzy nie oczekują, tylko są. Nagle wraca chęć, żeby się przygotować, wybrać coś świadomie, zobaczyć siebie w lustrze nie przez pryzmat zmęczenia, ale obecności. To dla mnie zawsze sygnał, że ciało i głowa w końcu dostają zgodę, żeby być tu i teraz.
W takich chwilach wraca do mnie myśl Marka Aureliusza:
„Nie marnuj tego, co pozostało z twojego życia, na rozmyślanie o innych, jeśli nie służy to dobru wspólnemu.” („Rozmyślania”, księga III).
Czytam to nie tylko jako ostrzeżenie przed cudzymi opiniami. Dla mnie to zdanie mówi też o tym, żeby nie oddawać całej swojej energii jednemu obszarowi życia kosztem wszystkich pozostałych. Bo dobro wspólne zaczyna się bardzo blisko — w relacjach, w obecności, w tym, jakim człowiekiem jestem, kiedy wracam do domu.
I chyba właśnie tu pojawia się pytanie, którego nie da się już dłużej odkładać: czego ja naprawdę chcę. Nie na kolejny miesiąc, nie na kolejny projekt, ale na sposób, w jaki chcę przeżywać swoje dni. Bo wiem jedno — nie chcę życia, w którym napięcie jest tłem dla wszystkiego. Nie chcę, żeby presja była czymś, co definiuje moje relacje, mój styl bycia, mój oddech.
W duchu pisaag coraz bardziej czuję, że styl to nie tylko to, co widać na zewnątrz. To sposób, w jaki traktuję swój czas, swoje ciało i ludzi, którzy są obok. To decyzja, czy wybieram tempo, które daje mi przestrzeń, czy takie, które zabiera mi obecność.
Może więc ta niedziela nie jest po to, żeby znaleźć gotową odpowiedź. Może jest po to, żeby w końcu zadać sobie właściwe pytanie. I pozwolić mu wybrzmieć trochę dłużej niż kolejny dźwięk powiadomienia.
Miłej Niedzieli Kochani:)
Pozdrawiam,
Aga.P